...mojego taty: http://ceramika.blog.onet.pl/Dzien-2863-Czarny-wtorek,2,ID427866903,n
Od nadmiaru obowiązków mam blok tematowy, więc chociaż czyjeś pisanie polecę!
Najpierw turystyczny zachwyt, potem powrót do rzeczywistości. Minęły dwa lata i dwa miesiące odkąd mieszkam w Portland w Oregonie. A przygód i obserwacji nie brakuje. Odczarowuję Amerykę: z moich i Twoich stereotypów o jej niezwykłościach i niedoskonałościach. Ot, życie, a jaka abrakadabra!
Wednesday, May 25, 2011
Tuesday, May 3, 2011
Gdyby Książe William brał ślub w Tennessee
Pamiętam, że pisałam na studiach pracę z antropologii widowisk. I jak tu nie przyjżeć się jednemu z najbardziej interesujących przedstawień jakim jest ślub? Prawie 4 tysiące kilometrów (albo ponad 2 tysiące mil, jak kto woli) przeniosło mnie 2 tygodnie temu w inne miejsce, ale i inne miejsce w czasie. Nic dziwnego, śluby uruchamiają najbardziej archaiczne tradycje i style myślenia. Może dlatego w ramach zakorzeniania się tak popularne staje się odwoływanie do ślubów na ludowo, vintage? Albo zakładanie długich sukni z welonem i smokingów, które są przeciecież same w sobie kostiumami, przebraniami z innej epoki, z całym bogactwem znaczeń kolorów, krojów i kształtów.
W Stanach za wesele tradycyjnie odpowiadają rodzice panny młodej. Nic więc dziwnego, że w ruch idą wszystkie możliwe stereotypy, a panna młoda zabiera się ostro za organizację „tego jedynego dnia”. Ponieważ mój mężu miał być na ślubie sprzed dwóch tygodni drużbą (zresztą ślubie, podobnie jak ten williamowy, na trzysta gości), od paru miesięcy docierały do niego rozpiski, listy: co, gdzie i kiedy przymierzyć, przesłać, odebrać, zjawić się, zabrać, przebrać. Słowem, rozkład jazdy na cały ślubny weekend.
Music City!
Nashville w stanie Tennessee, gdzie ślub się odbywał, zaskoczyło mnie zupełnie. Oszołomiło muzyką na żywo, obecną wszędzie: na lotnisku, w hotelowej restauracji, wylewającą się z każdego baru honky-tonk na Brodway’u, ba, z każdego barowego piętra!
Choć pogoda nas nie rozpieszczała, wiosna w Nashville wygrywała w wyścigu z tą w Portland, która i tak zazwyczaj rusza z falstartu. Południe to kraina słodko lepiącego się gorąca, ale z gorzką burzą i tornadem (jak te w połowie kwietnia w Oklahomie, Kansas, Arkansas, Teksasie, Alabamie, Mississippi, Kentucky, Missouri i Louisianie, albo te zeszłotygodniowe, dużo bardziej tragiczne). Nie tylko kwitnące drzewa i kwiaty zdradzają tendencję do gorąca. To wszechobecne wiatraki przymocowane do sufitów, ganki z bujanymi fotelami, altanki, werandki z wiklinowymi, białymi mebelkami i chłodną terrakotą.
Rozkład jazdy
Najpierw odebranie tuxedo (rodzaju smokingu, z muszką lub krawatem, kamizelką, marynarką, spodniami z plisami i błyszczącym paskiem, koszulą ze spinkami do mankietów). Potem biegiem na tak zwany rehearsal, próbę w kościele, gdzie orszak ślubny uzgadnia która ręka na którą, kiedy kto wchodzi, wychodzi, itp. To dla tych, którzy są in the wedding a nie tylko at the wedding (biorą czynny udział, jako drużbowie, a nie bierny, jak goście). Następnie rehearsal dinner, impreza na wieczór przed ślubem, tradycyjnie dla drużbów i gości spoza miasta. Tym razem na koszt rodziców pana młodego (amerykańskim sposobem, w sprawach finansowych każdy powinien miec jasność). Taka impreza to świetny pomysł, szczególnie, że każdy zjeżdża z innej strony kraju, a na ślubach nie łatwo rozmawiać przy głośnej muzyce. To moment, gdy para młoda dziękuje wszystkim przybyłym i tym, którzy uczestniczyli w przygotowaniach (np. w tym przypadku projektantce wszystkich grafik, łącznie z logiem, obecnym na każdym zaproszeniu, programie, a nawet na parkiecie!). Nie może również zabraknąc przemówień, toasts and roasts, a więc toastów i „rusztów”(toastów, których cel i ideę świetnie oddaje polskie „spalić się ze wstydu”). Od „był cudownym dzieckiem”, po „pamiętam jak przy zmianie pieluchy...”
TEN dzień i wehikuł czasu
W jeden weekend wybrałam się w przyszłość: zaznając wiosny i lata, by zaraz powędrować w przeszłość: ślubne kostiumy, zachowania i rytuały, archaiczne „kto oddaje tę kobietę w ręce tego mężczyzny?”. Zobaczyłam dawne plantacje, sale koncertowe, w których rodziła się muzyka country i słupki z czasów wojny domowej. Znalazłam się w parku z WASPowatą młodzieżą i dziećmi zapiętymi po ostatni złoty guziczek z kotwiczką, podczas niedzielnej przechadzki.
A skoro o czasie; ile czasu według rozpiski powinno zająć przygotowanie drużbów do ślubu (garnitury i zdjęcia)?
Od 13.00 do 15.00. Ile czasu powinny zająć te same przygotowania druhenkom?
Od 10:00 do 15.00. Efekt? Podobny. Różnica? Druhenki nie zapomniały zorganizować sobie czegoś do jedzenia (to jednak kawał czasu), a drużbowie nie zorganizowali sobie nic. Sesja zdjęciowa odbywała się w dawnej prężnie działającej plantacji Belle Meade, gdzie liczbę krów, niewolników i koni wymienia się na jednym wydechu, jako wskaźniki bogactwa. Północ Półudnie jak nic. Zresztą wszędzie w mieście wyrastały białe tablice w miejscach ważnych dla wojny secesyjnej (Civil War), konfliktu między północną Unią, a południową Konfederacją. Uprawiano tu tytoń, hodowano konie i organizowano wyścigi, aż do momentu, gdy pobudowano stadiony bejzbolowe i ludzie zaczęli obstawiać na drużyny, zamiast jockejów. Do tego wszystkiego Amerykanie zawsze mówią, że do fortuny potrzebne są trzy pokolenia: jedno żeby ją zdobyć, drugie by ją pomnożyć, a trzecie, by ją przehulać i stracić. I mamy dzisiaj w Belle Meade muzeum.
A skoro o czasie; ile czasu według rozpiski powinno zająć przygotowanie drużbów do ślubu (garnitury i zdjęcia)?
Od 13.00 do 15.00. Ile czasu powinny zająć te same przygotowania druhenkom?
Od 10:00 do 15.00. Efekt? Podobny. Różnica? Druhenki nie zapomniały zorganizować sobie czegoś do jedzenia (to jednak kawał czasu), a drużbowie nie zorganizowali sobie nic. Sesja zdjęciowa odbywała się w dawnej prężnie działającej plantacji Belle Meade, gdzie liczbę krów, niewolników i koni wymienia się na jednym wydechu, jako wskaźniki bogactwa. Północ Półudnie jak nic. Zresztą wszędzie w mieście wyrastały białe tablice w miejscach ważnych dla wojny secesyjnej (Civil War), konfliktu między północną Unią, a południową Konfederacją. Uprawiano tu tytoń, hodowano konie i organizowano wyścigi, aż do momentu, gdy pobudowano stadiony bejzbolowe i ludzie zaczęli obstawiać na drużyny, zamiast jockejów. Do tego wszystkiego Amerykanie zawsze mówią, że do fortuny potrzebne są trzy pokolenia: jedno żeby ją zdobyć, drugie by ją pomnożyć, a trzecie, by ją przehulać i stracić. I mamy dzisiaj w Belle Meade muzeum.
Do kościoła na ceremonię ślubną przybywa się zazwyczaj na czas. Kwartet smyczkowy nastraja uroczyście, a goście przeglądają wydrukowane programy. Drużbowie stoją w nawach i odprowadzają gości do ich ław, biorąc damy pod ramię. Gdy z nawy bocznej powolnym krokiem ruszają druhenki w identycznych strojach, jedna po drugiej, drużbowie, w takich samych garniturach, uwijają się szybko i bez ceregieli, stając przy ołtarzu. Panna młoda wkracza z ojcem na samym końcu, sygnalizując gościom, że czas powstać. Po przysiędze pierwsza wychodzi para młoda, potem poparowani drużbowie z druhenkami, potem rodzice. Organizacja jak na obozie harcerskim! Młodzi in the wedding ruszają zabytkowym autobusem do country club’u (prywantego klubu, przeważnie sportowego, dostępnego tylko dla jego członków; wbrew nazwie znajduje się zazwyczaj w obszarze miasta). Szampan, słodkie dżemiki roboty mamy panny młodej, szwedzki stół, pierwszy taniec, przemówienia (kobiety, zaskakująco nie zajmują głosu; znów ta przeszłość nas ściga!) tort i, jak na miasto muzyki przystało, karaoke.
Impreza kończy się nagle, o 23.00. Ciekawe co by książe William powiedział na taki obrót spraw? Bo moi rodacy tak wcześnie zakończonej imprezy weselnej by nie wybaczyli!
Friday, April 29, 2011
Cha cha cha!
Na dworzu jeszcze buro od chmur, wiosna rozpieszcza nas tylko od czasu do czasu, a tu taki pomysł! W tę niedzielę o 14.00 organizowany jest w Portland siódmy doroczny Światowy Dzień Śmiechu. Miejsce tego szaleńtwa: Portland Saturday Market, na którym można dostać każdy możliwy bibelot od koszulki, przez powyginane w figurki widelce, po czajniczki, doniczki, spinki, kolczyki i zdjęcia, a wszystko na straganikach samych autorów i artystów.
Półtorej godziny śmiechu, namawiania do śmiechu, wysyłania pozytywnej energii w eter, konkursów na najdłuższy, najśmieszniejszy, najlepszy śmiech, łącznie z kategorią psią (a więc najlepszy śmiech psiego pupila). Całość organizowana jest przez dwie panie – jedną, joginkę ze studia „Portland Laughter Yoga”, a drugą, trenerkę z „The Power of Laughter". Swoją drogą, świetny pomysł na włączenie śmiechu do nazw tych dwóch biznesów. Od patrzenia na tych tarzających się z rozchachania portlandzyków od razu robi się weselej!
Sunday, April 24, 2011
Wesołych i słodkich!
Już się nauczyłam maszerować z koszyczkiem po Portland jak kosmita (w windzie: "Ooo! A w tym koszyczku to ciasteczka dla nowych sąsiadów?"), ale tutejsza Polonia zawsze mnie skutecznie podtrzyma na duchu! No bo czy w tych niezrozumiałych dla innych rytuałach nie ma czegoś z tęsknoty? No jest. Ja się zatrzymuję na koszyczku, a inni rodacy wolą do tematu podejść z prawdziwym rozmachem:
| Tak się rejestruje samochód: "I miss Polska/ Is my country" |
Thursday, March 24, 2011
Post scriptum
P.S. Portland. Krajobraz jak na załączonym zdjęciu. Wsiadam do windy w pracy, piętro niżej dołącza pani. Taksuje mnie od stóp do głów: moją fryzurę, bluzkę, spodnie w kant, półotwarte buty (w biurze ciepło, można poudawać, ze za oknem też, a poza tym lakier powakacyjny jeszcze się trzyma). Napięcie rośnie, ale nie poddaję się i zachowuję, jakbym nie czuła na sobie jej świdrującego wzroku. Pani mocno przepalonym głosem mówi w końcu: "Na jakich wyspach zabawiłas?" Cha! myślę sobie, dobra jest! "Na Sanibel" odpowiadam. "Bo że nie opaliłaś się w solarium, to od razu wiedzialam" ona na to. "Solarium nie opala stóp, a twoje są brązowe. No to trzymaj się!". I drzwi się za nią zamknęły, a winda pomknęła dalej. Człowiek się jednak zawsze czegoś w windzie nauczy!
Monday, March 21, 2011
Odcinek 3
"Organiczenie"
Zaskoczenie! Pomarańcze na Florydzie sprowadzane z Kaliforni i Meksyku! A przecież pomarańcze mają na Florydzie nawet na rejestracjach samochodowych! Podobno zimę mieli „ciężką”, choć nadal nie wiem jak to możliwe, skoro tutaj są tylko dwie pory roku: sucha i deszczowa. Dział organic wygląda jak paproszek w porównaniu z naszymi sklepami w Portland, a jedzenie „na mieście”? Ceny wyspiarskie jakość tandetna, chyba że nie mieliśmy szczęścia. I amerykański standard: zamówiłam pół talerza paelli i dwa razy się pytałam czy to oby na pewno pół porcji, bo wyglądała jak trzy pełne. Dania, rzecz jasna, nie skończyłam. Na deser podano lokalną specjalność, ciasto limonkowe. Chwilowo dałam się udobruchać.
Bez przerzutek i dzwonków
Takie Portland dumne, że stolicą rowerzystów jest, że już po Europie ściągnęło zielone boksy z pierwszeństwem dla rowerów na skrzyżowaniach, że rowerzysci zwolnieni od podatku, jeśli do pracy pedałują. Tyle że się człowiek telepie po ulicy, zaraz obok opancerzonych w metal kierowców samochodów. A na Sanibel osobna ścieżka, oznaczona, wszędzie się dojedzie. Rewelacja! Włóczyliśmy się w nieskończoność.
A na plaży...
A na plaży...
Ciepły, bialutki piasek pod stopami, morze szumi (nie buczy jak Pacyfik). Środek nocy, wokół ciemnica, bo na Sanibel nie ma ani jednej lampy ulicznej, a mieszkańcy domów przy plaży proszeni są o zasłanianie okien, by sztucznym światłem nie mylić żółwi. Nad nami gwiaździste niebo. O, jedna spadła!
Friday, March 11, 2011
Odcinek 2
W buszu
Wylegiwały się w każdym kanale, wolnopłynącej rzeczce. Małe i duże grzały łuski i spiczaste ogony w słońcu, walczyły o terytoria, brodziły w wodzie. Nauczyłam się określac ich wiek: rosną stopę (około 30 cm) w ciągu roku. I nigdy nie przestają im rosnąć zęby: jak stracą jeden, nowy już czeka w pogotowiu, żeby kosteczki komuś przetrącić. Przystojny aligator okazał się więc mieć sporą konkurencję. Tylu ich w życiu w jednym miejscu nie widziałam!
Ptaki towarzyszyły każdemu naszemu ruchowi. Siedziały na drzewach, na plaży, na drzewach na plaży. Dłubały w palmach i słupach elektrycznych, śpiewały, straszyły, polowały, zanużały dzioby w morskim piasku, czyściły skrzydła. Może dlatego, że właściwie gdzie nie spojrzeliśmy – bach, rezerwat subtropikalnych roślin, zwierząt i ekosystemu. Na przykład „Ding” Darling, który zwiedziliśmy trzy razy: bez lornetki, z lornetką, i z teściem, to prawie 6,5 tysiąca hektarów i ponad 200 gatunków ptaków. A wokoło bujnie: gęste krzaczory i drzewa, w tym niesamowite lasy namorzynowe, mangrowia od mangrove, wiecznie zielonych drzew, które „chodzą”. Jako jedyne mogą żyć w pobliżu słonej wody. Ich korzenie, wystające ponad powierzchnię ziemi, skał lub wody, wyglądają jak nogi, które gdzieś je zaraz poniosą. A w korzeniach małże, kraby, ślimaki i ryby, w koronach ptaki, dla nas cień. Kawałek korzenia lub gałęzi daje początek nowej namorzynie. A ja sobie wyobrażałam tylko palmy. Właściwie palmę, bo nie wiedziałam, że jest ich tyle gatunków, kolorów, wysokości, kształtów liści i owoców. Tropikalny raj rozmaitości.
Szał ciał, orgia dusz. Wyspa Sanibel tworzy rodzaj pułeczki w Zatoce Meksykańskiej, na której osiadają tysiące muszli. O Sanibel Stoop, przygarbieniu w stylu Sanibel, powiedział mi teściu. To pozycja zbieracza muszli, którą praktykują na plaży wszyscy. Powtórzę się w katalogowaniu: muszlowe tulipany, oczy rekina, gałki muszkatołowe, kąkole, koncze (ang. Conch, czytaj konk), junonie, skrzydła indyka, łapy kota i lwa, to tylko niektóre rodzaje muszli, które znaleźliśmy.
Na wyspie stoi Muzeum Muszli, i organizuje się corocznie Sanibel Shell Fair, z muszlowymi ornamentami "walentynek żeglarzy" (sailors' valentines):
Takich cudów zrobionych z muszli nie widziałam. Nie chodzi o oblepione nimi ramy luster. Chodzi o choinki bożonarodzeniowe przystrojone ususzonymi konikami morskimi, muszle zaaranżowane by imitować orchidee, figurki zrobione z muszli, albo takie niespodzianki:
Nawet pierwsi mieszkańcy wyspy, plemię Calusa, używało muszli jako narzędzi, albo do obsypywania ścieżek, by nie były błotniste. A potem podbili ich Hiszpanie. Podbili europejskimi zarazkami i choróbskami, o broni palnej nie wspominając. I zostawili po sobie nazwę aligatora, od hiszpańskiej "jaszczurki", el lagarto.Czego każdy Portlandczyk szuka na Sanibel, a nie znajdzie - w następnym odcinku!
Subscribe to:
Posts (Atom)



