P.S. Portland. Krajobraz jak na załączonym zdjęciu. Wsiadam do windy w pracy, piętro niżej dołącza pani. Taksuje mnie od stóp do głów: moją fryzurę, bluzkę, spodnie w kant, półotwarte buty (w biurze ciepło, można poudawać, ze za oknem też, a poza tym lakier powakacyjny jeszcze się trzyma). Napięcie rośnie, ale nie poddaję się i zachowuję, jakbym nie czuła na sobie jej świdrującego wzroku. Pani mocno przepalonym głosem mówi w końcu: "Na jakich wyspach zabawiłas?" Cha! myślę sobie, dobra jest! "Na Sanibel" odpowiadam. "Bo że nie opaliłaś się w solarium, to od razu wiedzialam" ona na to. "Solarium nie opala stóp, a twoje są brązowe. No to trzymaj się!". I drzwi się za nią zamknęły, a winda pomknęła dalej. Człowiek się jednak zawsze czegoś w windzie nauczy!
Najpierw turystyczny zachwyt, potem powrót do rzeczywistości. Minęły dwa lata i dwa miesiące odkąd mieszkam w Portland w Oregonie. A przygód i obserwacji nie brakuje. Odczarowuję Amerykę: z moich i Twoich stereotypów o jej niezwykłościach i niedoskonałościach. Ot, życie, a jaka abrakadabra!
Thursday, March 24, 2011
Monday, March 21, 2011
Odcinek 3
"Organiczenie"
Zaskoczenie! Pomarańcze na Florydzie sprowadzane z Kaliforni i Meksyku! A przecież pomarańcze mają na Florydzie nawet na rejestracjach samochodowych! Podobno zimę mieli „ciężką”, choć nadal nie wiem jak to możliwe, skoro tutaj są tylko dwie pory roku: sucha i deszczowa. Dział organic wygląda jak paproszek w porównaniu z naszymi sklepami w Portland, a jedzenie „na mieście”? Ceny wyspiarskie jakość tandetna, chyba że nie mieliśmy szczęścia. I amerykański standard: zamówiłam pół talerza paelli i dwa razy się pytałam czy to oby na pewno pół porcji, bo wyglądała jak trzy pełne. Dania, rzecz jasna, nie skończyłam. Na deser podano lokalną specjalność, ciasto limonkowe. Chwilowo dałam się udobruchać.
Bez przerzutek i dzwonków
Takie Portland dumne, że stolicą rowerzystów jest, że już po Europie ściągnęło zielone boksy z pierwszeństwem dla rowerów na skrzyżowaniach, że rowerzysci zwolnieni od podatku, jeśli do pracy pedałują. Tyle że się człowiek telepie po ulicy, zaraz obok opancerzonych w metal kierowców samochodów. A na Sanibel osobna ścieżka, oznaczona, wszędzie się dojedzie. Rewelacja! Włóczyliśmy się w nieskończoność.
A na plaży...
A na plaży...
Ciepły, bialutki piasek pod stopami, morze szumi (nie buczy jak Pacyfik). Środek nocy, wokół ciemnica, bo na Sanibel nie ma ani jednej lampy ulicznej, a mieszkańcy domów przy plaży proszeni są o zasłanianie okien, by sztucznym światłem nie mylić żółwi. Nad nami gwiaździste niebo. O, jedna spadła!
Friday, March 11, 2011
Odcinek 2
W buszu
Wylegiwały się w każdym kanale, wolnopłynącej rzeczce. Małe i duże grzały łuski i spiczaste ogony w słońcu, walczyły o terytoria, brodziły w wodzie. Nauczyłam się określac ich wiek: rosną stopę (około 30 cm) w ciągu roku. I nigdy nie przestają im rosnąć zęby: jak stracą jeden, nowy już czeka w pogotowiu, żeby kosteczki komuś przetrącić. Przystojny aligator okazał się więc mieć sporą konkurencję. Tylu ich w życiu w jednym miejscu nie widziałam!
Ptaki towarzyszyły każdemu naszemu ruchowi. Siedziały na drzewach, na plaży, na drzewach na plaży. Dłubały w palmach i słupach elektrycznych, śpiewały, straszyły, polowały, zanużały dzioby w morskim piasku, czyściły skrzydła. Może dlatego, że właściwie gdzie nie spojrzeliśmy – bach, rezerwat subtropikalnych roślin, zwierząt i ekosystemu. Na przykład „Ding” Darling, który zwiedziliśmy trzy razy: bez lornetki, z lornetką, i z teściem, to prawie 6,5 tysiąca hektarów i ponad 200 gatunków ptaków. A wokoło bujnie: gęste krzaczory i drzewa, w tym niesamowite lasy namorzynowe, mangrowia od mangrove, wiecznie zielonych drzew, które „chodzą”. Jako jedyne mogą żyć w pobliżu słonej wody. Ich korzenie, wystające ponad powierzchnię ziemi, skał lub wody, wyglądają jak nogi, które gdzieś je zaraz poniosą. A w korzeniach małże, kraby, ślimaki i ryby, w koronach ptaki, dla nas cień. Kawałek korzenia lub gałęzi daje początek nowej namorzynie. A ja sobie wyobrażałam tylko palmy. Właściwie palmę, bo nie wiedziałam, że jest ich tyle gatunków, kolorów, wysokości, kształtów liści i owoców. Tropikalny raj rozmaitości.
Szał ciał, orgia dusz. Wyspa Sanibel tworzy rodzaj pułeczki w Zatoce Meksykańskiej, na której osiadają tysiące muszli. O Sanibel Stoop, przygarbieniu w stylu Sanibel, powiedział mi teściu. To pozycja zbieracza muszli, którą praktykują na plaży wszyscy. Powtórzę się w katalogowaniu: muszlowe tulipany, oczy rekina, gałki muszkatołowe, kąkole, koncze (ang. Conch, czytaj konk), junonie, skrzydła indyka, łapy kota i lwa, to tylko niektóre rodzaje muszli, które znaleźliśmy.
Na wyspie stoi Muzeum Muszli, i organizuje się corocznie Sanibel Shell Fair, z muszlowymi ornamentami "walentynek żeglarzy" (sailors' valentines):
Takich cudów zrobionych z muszli nie widziałam. Nie chodzi o oblepione nimi ramy luster. Chodzi o choinki bożonarodzeniowe przystrojone ususzonymi konikami morskimi, muszle zaaranżowane by imitować orchidee, figurki zrobione z muszli, albo takie niespodzianki:
Nawet pierwsi mieszkańcy wyspy, plemię Calusa, używało muszli jako narzędzi, albo do obsypywania ścieżek, by nie były błotniste. A potem podbili ich Hiszpanie. Podbili europejskimi zarazkami i choróbskami, o broni palnej nie wspominając. I zostawili po sobie nazwę aligatora, od hiszpańskiej "jaszczurki", el lagarto.Czego każdy Portlandczyk szuka na Sanibel, a nie znajdzie - w następnym odcinku!
Thursday, March 10, 2011
Sanibel Island - odcinek 1
Ma być przez soczewkę Portland więc będzie. W trzech częściach.
Z zimy do lata w sześć godzin
| Z okna samolotu o 6 rano, tuż przed startem. |
| W dole skąpana w słońcu Floryda. |
| Naples, po którym pierwszego wieczoru zasuwałam w niewierze w kozakach. |
Łot du ju min..?!
Ale nie tylko szorty. Właściwie na każdym kroku widać, że jesteśmy w innej części kraju. Ludzie im wyżej na skali wieku, tym wyższy mają udział w wykresie procentowym populacji Florydy (40% mieszkańców jest powyżej wieku emerytalnego). A kolory jak na Kubie: cukierek, złotko, paznokieć zrobiony, włos natapirowany, oko się świeci, wielkie okulary przeciwsłoneczne w kolorze bluzki, w ręku torba na kółkach z kijami do golfa. Naples (Neapol) na tak zwanym main land (lądzie, w przeciwieństwie do wysepek, łącznie z tą, na której się zatrzymaliśmy) pełen wakacjujących Włochów, mieszkańców Wschodniego Wybrzeża, Mid-Westu i Południa. Wieczór, na głównej ulicy jak w operze: stroje wieczorowe, pełna galanteria. Panowie w butach żeglarskich, koszulach włożonych w spodnie ze skórzanymi paskami. Panie w szpilach, albo klapkach z morskim motywem, sukniach i sukienkach, obwieszone biżuterią. Kolory wokół soczyste, bujne; w liściach palm i zapachu kwiatów człowiek zupełnie się zatraca i aż prosi wyrazem twarzy o uszczypnięcie. Zerknęłam w walizkę.. ojej, ale szaro-buro. Czyżby te chmury aż tak wpływały na to co nosimy? No i o tych koszulach w spodniach musiałam wspomnieć, bo to zupełnie nie w stylu Portland. Nie zapominając o kompletnej nieobecności bród i wąsów.
Wszędzie też słychać nowojorski akcent. Głównie w kontekście niepocieszonym. Głowimy się jak to możliwe, żeby w takim cieple, słońcu, kolorach ktoś w ogóle narzekał? „What do you mean relax?!” (Jak to mam się uspokoić, zrelaksować?!), które wykrzykiwał wystrojony pan koło siedemdziesiątki w hotelowym lobby, stało się naszym mottem do końca pobytu na wyspie Sanibel. I mimo, że mniej uśmiechów, a więcej przekleństw na drogach (znowu Nowy Jork), to po raz pierwszy ktoś miał więcej do powiedzenia o Polsce, Europie i świecie niż w trakcie wszystkich rozmów w Portland razem wziętych! O Łotwie sobie pogadałam!
Natomiast o tym jak wymieniałam spojrzenia z przystojnym aligatorem - w następnym odcinku!
Natomiast o tym jak wymieniałam spojrzenia z przystojnym aligatorem - w następnym odcinku!
Tuesday, March 8, 2011
Florida, beaches!!!!!
Właśnie wróciliśmy i dochodzimy do siebie... Po śnieżnych strachach na lachach przenieśliśmy się w krainę gorąca, muszli, ptaków, aligatorów, delfinów, panter i słynnego ciasta limonkowego. Słońce, plaża, 27 stopni, rowerowe szaleństwa. Oj ciężko się wraca do pracy i zimy...
Saturday, February 12, 2011
Nie ma jak salami by powiedzieć kocham Cię!
Musi być o walentynkach skoro zbliżają się w poniedziałek i jeśli kiedykolwiek zamówiło się kwiaty w internecie, serwis pozwolił już sobie przypomnieć parę razy, że poniedziałek będzie dla nich wyjątkowo pracowity i bardzo proszą o złożenie zamówień już teraz...
Jest taki most na przełomie rzeki Kolumbii (jednym słowem wyobraźcie sobie miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc, albo jak mówią tutejsi in the middle of nowhere, po środku... niczego), przy którym stoi budka. Pobierają w niej opłaty za przejazd. Bo mimo, że jesteśmy na samym końcu świata, to jednak Ameryka, i kapitalizm kwitnie. W budce pracują pan z panią, przebrani za mikołajów w Boże Narodzenie, zające na Wielkanoc, a samą budkę zdobią indory przed Świętem Dziękczynienia i wielkie serca na długo przed Walentynkami.
No właśnie, Walentynki. Wczoraj przechodziłam koło butiku z bielizną, w którym przy kieliszkach czerwonego wina, panie w gorsetach i podwiązkach wyginały się przed fotografem, wykrzykując: kupujcie seksowną bieliznę! Każda restauracja, którą mijałam po drodze, od budki z pizzą, po elegancki lokal, ma wymalowane, poprzyczepiane, pozawieszane serca... Sklepiki z czekoladą ustawiają na ulicach kolorowe tablice z bombonierkami w kształcie serc. Nawet w supermarketach pstrzą się zdechłe walentynkowe baloniki, poduszeczki i misie.
Nic tak nie mowi o danym miejscu i jego mieszkańcach, jak to w jaki sposób świętują Walentynki! Co robią sklepy i budki wszelkiej maści, już wiemy. A oto niektóre z propozycji walentynkowych w Portland:
- Jedna z kafejek organizuje w poniedzialek konkurs odciskania dwudziestu czterech śladów ust na serwetce. Kategorie: rozmiar, kolor, kształt, powab. Na serwetce trzeba zostawic imię i nazwisko. Każdy, niezaleznie od płci, może wziąć udział w konkursie. Hojne nagrody czekają!
- Z miłości do sztuki: czapki z materiałów pochodzących w stu procentach z recyklingu, bielizna “z poczuciem humoru”, porcelanowe, skórzane, metalowe ozdoby, eklektyczne przedmioty dla ekscentrycznych dusz i w ramach hasła, które obśmiewają aktorzy “Portlandii”: możesz coś przyozdobić ptakiem i nazwać to sztuką, medaliki z ptakami stanu Oregon. Oczywiście w ramach wydarzenia: gorące napoje i przekąski. Ach, jest jeszcze budka fotograficzna, taka jak na początku XX wieku, kiedy zrobienie jednego zdjęcia wymagało czasu, cierpliwości i bezruchu. Można się w niej usadowić i zrobić sobie zdjęcie w sepii. To ostatnio gorący trend wśród pomysłów na biznesplan wielu mieszkańców Portland.
- Z miłości do sztuki: czapki z materiałów pochodzących w stu procentach z recyklingu, bielizna “z poczuciem humoru”, porcelanowe, skórzane, metalowe ozdoby, eklektyczne przedmioty dla ekscentrycznych dusz i w ramach hasła, które obśmiewają aktorzy “Portlandii”: możesz coś przyozdobić ptakiem i nazwać to sztuką, medaliki z ptakami stanu Oregon. Oczywiście w ramach wydarzenia: gorące napoje i przekąski. Ach, jest jeszcze budka fotograficzna, taka jak na początku XX wieku, kiedy zrobienie jednego zdjęcia wymagało czasu, cierpliwości i bezruchu. Można się w niej usadowić i zrobić sobie zdjęcie w sepii. To ostatnio gorący trend wśród pomysłów na biznesplan wielu mieszkańców Portland.
- RK-O (resuscytacja krążeniowo-oddechowa) dla singli, czyli na ratunek w stylu usta-usta! Nie żartuję, Czerwony Krzyż organizatorem. Nauka udzielania pierwszej pomocy w nieco nieformalnej atmosferze i za pół ceny. Witamy w Ameryce: trufle, słodkości, a potem tak zwane “mieszanie się” (mingling) czyli wmieszanie sie w tłum (zdaję sobie sprawę, że nasze wmieszanie oznacza bardziej zniknięcie niż zabawianie, a to może sporo mówić o naszych kulturach, w których jedna, amerykańska, obraca się wokół idei small talk - zagadywania, a druga, nasza, wokół wygodnej ciszy i znikomej interakcji z nieznajomymi).
- Mortified Loves you, projekt komediowy, w którym dorośli zwierzają się i konfrontują ze swoimi zawstydzającymi przygodami z dzieciństwa. W walentykowy weekend: pierwsze pocałunki i listy miłosne, oraz dlaczego chciałam/chciałem poślubić Bon Joviego, prezentowane przez samych autorów nadesłanych zwierzeń. Tytuł całości “Obsada rozwścieczonych Kupidów”.
- Imprezowo: Studniówka z lat 80.: kolacja i tańce sprzed 30. lat.
- Burleskowe i dekadenckie desery w Bossanovie, podczas przedstwienia “Kiss and tell” (całuj i nie trzymaj tego w tajemnicy). Desery dla wegan i uczulonych na gluten oczywiście dostępne. Pokaz tańca i hula-hop w ogniu!
- Lokalne zespoły grają piosenki miłosne z lat 80. (obsesja jakaś) w ramach benefisu “Cover your Heart”.
- Impreza w czerwonych strojach: “be there or be square!!” (bądź tam, albo jesteś przegrany).
- Portland Love Show: wystawa zorganizowana wokół idei postaw obfitujących w miłość, w ujęciu ponad 300 artystów. I jak to w Ameryce: artyści coś będą gotować, odwiedzający powinni przynieść coś smacznego i dodać do tego puszkę jedzenia, na cele charytatywne.
- Dla znudzonych walentynkowymi kolacjami: Oregońska Gildia Barmańska prezentuje bitwę najlepszych barmanów Seattle z najlepszymi barmanami Portland (uf, jak gorąco!). Miksolodzy (nie żartuję, tak tutaj nazywa się znawców mieszania alkoholi, na wzór naukowcow: biologów, geologów) oceniani będą pod kątem wyglądu przyrządzonego drinka, techniki, obsługi zamawiającego i jakości mieszanki.
- Są jeszcze zet-pety w bibliotekach i dni rodzinne w muzeach, w których można zrobić walentynkową kartkę, pluszowego misia, albo inny drogocenny drobiazg dla ukochanych.
- Rzecz jasna, można się zawsze wybrać na kolację na pokładzie statku, który rejsuje po rzece Willamette. Ktoś powiedziałby: cheesy.
- Cheesy od cheese, ser, oznacza tutaj kiczowaty, tandetny, taki jak amerykańskie filmy, w których aktorzy grają w sposób piekielnie przerysowany, licha historia jest zupelnie przewidywalna, a koniec tak efekciarski i pretensjonalny, ze aż się niedobrze robi. Niektórzy tak się właśnie czują w Walentyki, a te wcale nie muszą być cheesy. Chyba, że się zrobi wyjątek i wstąpi do pizzerii we wschodniej części miasta na serową pizze w kształcie serca. Piec będzie buchał od 4 po południu do 4 nad ranem.
- Zresztą przy takich alternatywach po co w ogóle kwiaty, o których przypominają serwisy rozsyłanymi emailami? "Roses are red, violets are blue, there's nothing like SALAMI to say I love you" (na górze róże, na dole fiołki... jak przetłumaczyć: "nie ma jak SALAMI by powiedzieć kocham Cię", żeby się zrymowało?), słowem, wyznaj miłość za pomocą salami! Bukiet z salami sopressata, chorizo, saucisson sec, saucisson d'Alsace, cacciatore dostarczane są z pieśnią na ustach przez dwóch artystów, z których jeden jest właścicielem mięsnej restauracji. 75 dolarów z piosenka o miłości, 50 bez.
I co byście wybrali?
Subscribe to:
Posts (Atom)






